Rokitna

Rokitna

Dnia 13 czerwca 1915 roku w godzinach porannych, nieopodal wsi Rokitna, dochodził do siebie 33-letni rotmistrz Zbigniew Dunin-Wąsowicz. Gorączkujący oficer, praprawnuk uczestnika szarży pod Somosierrą, nie zdawał sobie jeszcze sprawy, jaki dzień szykuje mu austriacki sztab. Dowodzona przez niego kawaleria, u boku cesarskiej armii spychała carskie oddziały, stopniowo wyzwalając ziemie Królestwa Polskiego i Galicji. Problem pojawił się wraz z załamaniem natarcia na silnie ufortyfikowanych rosyjskich okopach nieopodal wspomnianej Rokitny. Po kilku szturmach, austriackie dowództwo zdecydowało, że trzy linie obwarowań uderzeniem z flanki ma zdobyć polska jazda. Gorączkujący dowódca poinformowany o sytuacji milczał całą drogę ze sztabu. Do samobójczej szarży wyznaczył jedynie drugi szwadron w sile 63 szabel, który postanowił prowadzić osobiście. W wyłom uczyniony przez ułanów miała wedrzeć się cesarska piechota. Zanim ruszyli, rotmistrz zakrzyknął: „Dla polskiej kawalerii nie ma przeszkody!”.

„Pognali przez pola i w odległości z jakichś 3 km od linii nieprzyjacielskiej rozwinęli się i już cztery plutony z komendantem na czele na linię, już z kłusa przechodzą w cwał, coraz dzikszy, coraz szybszy. Pędzą jak wicher, za nimi z ugorów rwie tuman, przed nimi błyszczą w słońcu wyciągnięte do szarży szable(…) Wtem! Zatrzęsło się powietrze – wrzaski – huk – gromy! To salwy Moskali, to straszna pukanina rosyjskich karabinów maszynowych z flanki, to rozsypują się złomy szrapneli rosyjskich. A ułani Wąsowicza pędzą, pędzą… Oto zleciał jeden – oto jak wichura gna koń bez jeźdźca – oto tam stanął dęba i ktoś potoczył się do okopu – oto znów kilku zleciało… Nie ustają salwy i szrapnele… Już są za drugim rowem strzeleckim, już dobiegają ziemianek, już ich znowu kilku pokotem leży, już znowu kilka przerażonych koni bez jeźdźców mknie w dal, już przeskoczyli ziemianki i – znikają… Jakby się w ziemię zapadli” – tak zapamiętał tę bitwę Bertold Merwin, pisarz z II Brygady Legionów.

W kilkanaście minut Polacy zdobyli rosyjskie okopy, hojnie płacąc krwią. Z szarży niedraśniętych wróciło jedynie 6 ułanów. Zginęli prawie wszyscy oficerowie, łącznie z dowódcą, przeżył zraniony por. Fąfara. Do dziś nie wiadomo, dlaczego w ślad za ułanami nie ruszyła austro-węgierska piechota, by w pełni wykorzystać wytworzoną przez Polaków przewagę. Szarża ta pomimo niewielkiego rozmiaru, przeszła do najświętszych tradycji polskiej kawalerii i docenili ją zarówno austriaccy oficerzy, jak i władze niepodległej II RP. Miejmy nadzieję, że morał z niej, wraz z bohaterskimi ułanami, nie zginął.