Stand-up w przedwojennym stylu

Stand-up w przedwojennym stylu

Jesienią 1928 r. na ulicy Senatorskiej krzyżem na chodniku leżał Adolf Dymsza. Gęstniejący z każdą chwilą tłum przyglądał się, jak znany komik przyciska twarz do kratki ściekowej i głosem hollywoodzkiej gwiazdy Ala Jolsona śpiewa kołysankę „Sonny boy”. W kinie obok znajdującym się w Galerii Luksemburga trwała projekcja „Śpiewającego błazna” – drugiego pełnometrażowego filmu dźwiękowego w dziejach kinematografii. Właśnie z tej produkcji pochodził wykonywany przez leżącego Dymszę przebój. Tymczasem w podziemiach galerii, jak co dzień spektakl dawał kabaret „Qui pro Quo”. Akurat trwała przerwa i cały zespół zebrał się w garderobie Dymszy, bo ten zapewnił koleżanki i kolegów, iż wbudował w przewód wentylacyjny specjalne urządzenie radiowe. Obiecując, iż z jego pomocą przeprowadzi transmisję z sali kinowej. „Obrazu wprawdzie nie zobaczycie, ale przynajmniej usłyszycie głos z ekranu” – oświadczył dzień wcześniej Dodek. Tak jak obiecał z przewodu wentylacyjnego dochodził śpiew Ala Jolsona. Zachwyceni artyści w nabożnej ciszy słuchali – jak sądzili – ścieżki dźwiękowej filmu. I nagle misterny plan runął, bo przechodnie z ulicy Senatorskiej urządzili Dymszy spontaniczny aplauz. Nie mogli inaczej, skoro kochali Dodka oraz „Qui pro Quo”.

Słychać brawa, jak przy wejściu kogoś na scenę.
Kabaret lub jak mówiono teatrzyk „Qui pro Quo” zaczął swą działalność w podziemiach warszawskiej Galerii Luksemburga przy ul. Senatorskiej w kwietniu 1919 r. Kapitał na jego uruchomienie wyłożyło trzech inwestorów: kupiec Izydor Weisblat, architekt Tadeusz Sobocki oraz ziemianin  Bolesław Leszek Przyłuski. Jako, że żaden z nich nie znał się na branży rozrywkowej posadę kierownika literackiego, a de facto dyrektora generalnego zaproponowali Jerzemu Boczkowskiemu. Ten mógł się już pochwalić sporymi sukcesami na niwie kabaretowej. Poza tym wiedział, gdzie szukać najlepszych ludzi do zespołu. Najpierw wpadli mu w oko rozbrykani poeci: Antoni Słonimski, Jan Lechoń i Julian Tuwim. Kilka lat później odkrył talent Mariana Hemara. Jednak okazało się, że Słonimski i Tuwim potrafią napisać przezabawnie skecze, lecz gdy odczytywali swe teksty ze sceny, wypadali bardzo sztywno. Dlatego Boczkowski zaczął ściągać do „Qui pro Quo” osoby, które przed publicznością czuły się jak ryby w wodzie. W tym gronie znaleźli się m.in.: Adolf Dymsza, Hanka Ordonówna, Mira Zimińska, Zula Pogorzelska i Kazimierz Krukowski. Kilka dekad później ich nazwiska stały legendarne dla miłośników teatru i kina. Jednak w 1920 r. każde z nich miało po jakieś dwadzieścia lat i dopiero zaczynało karierę. Jak szybko się przekonali „Qui pro Quo” okazywało najlepszą do niej przepustką.
„To była nieduża scena ale wspomnienia po sobie zostawiła wielkie” – relacjonował czterdzieści lat później Adolf Dymsza. „W tym teatrze grywali najwięksi mistrzowie sceny polskiej i nie mogłem się nadziwić, jak my potrafimy w małych formach wyrazić to, co w teatrze wymaga trzech aktów. I to dwa razy dziennie (graliśmy po dwa przedstawienia dziennie przez cały rok)” – wspominał Dodek.
Do tej grupy dołączył węgierski emigrant, któremu udało się wydostać z bolszewickiej Rosji – Fryderyk Jarosy. Być może największe ze scenicznych odkryć Boczkowskiego. Gdy otrzymywał angaż, znał jedynie kilka słów po polsku, a że prawie nikt w Warszawie nie rozumiał węgierskiego Jarosy musiał wszystkich kwestii i dowcipów uczyć się na pamięć. Jednak wziąwszy na siebie rolę konferansjera, mówił z taką swadą i charyzmą, że widownia słuchała go jak zahipnotyzowana. Choć przecież nie do końca rozumiejąc, o czym właściwie opowiada. To zupełnie mu to nie przeszkadzało i świetnie się bawił. Podobnie jak publiczność, przekonana, że Węgier znakomicie zna miejscowy język. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś próbował go zagadywać Słonimski nauczył Jarosyego odpowiadać hasłem z tabliczki, znajdującej się w każdym warszawski tramwaju: „Rozmowa z motorniczym w czasie jazdy surowo wzbroniona”.

Słychać melodię piosenki „Już nie zapomnisz mnie”

W „Qui pro Quo” królowała satyra obyczajowa i polityczna. Wyśmiewano każdego, no może poza Piłsudskim. Ponieważ w latach 20. zarówno autorzy tekstów, jak i aktorzy byli gorącymi wielbicielami osoby Komendanta. Łatwa do zauważenia sympatia nie przeszkadzała w tym, że do „Qui pro Quo” ściągali politycy ze wszystkich stronnictw. Bardzo przeżywali oni przedstawienia, jeśli akurat to z ich osób się naigrywano. Rozgorączkowany poseł Wacław Wiślicki (stronnik Marszałka) pewnego razu wtargnął nawet do garderoby, by sprawdzić, czy mający go parodiować Adolf Dymsza jest odpowiednio ucharakteryzowany. Gdy okazało się, że broda aktora jest brzydko przycięta, Wiślicki blokował drzwi tak długo, aż sprowadzono fryzjera, który skorygował jej wygląd.
Jednym z stałych gości na widowni był przyjaciel artystów, a zarazem ulubiony adiutant Marszałka płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Pewnego razu namówił on Piłsudskiego, żeby ten, żegnając się z urzędem Naczelnika Państwa, zaprosił do Belwederu: Lechonia, Tuwima i Słonimskiego. „Poczuliśmy się pełni zrozumiałej pychy z tego zaszczytu” – wspominał Lechoń. Kiedy zaś przyjechała po nich sławna limuzyna marki Packard, wożąca na co dzień Marszałka, wsiadając do środka Tuwim wykrzyknął: „Psiakrew! To byłaby frajda teraz kogoś ze znajomych przejechać!”.

Znów słychać muzykę, kojarzącą się z przedwojennym kabaretem. Nagle przerywa ją kobiecy pisk i głuchy upadek ciała na podłogę

Pomimo sukcesów „Qui pro Quo”, w pierwszych latach swego istnienia, przeżywało trudności finansowe. Podobnie jak wstrząsana kolejnymi zapaściami gospodarczymi Polska. Przedstawienia wystawiano więc za pożyczane od lichwiarzy pieniądze, a gdy spłacano jeden kredyt, musiano zaciągać następny. W efekcie tworzyła się spirala zadłużenia i komornik wpadał regularnie do teatrzyku, by coś zająć. W końcu zaczęto go traktować niemal jak domownika. Pewnego razu udało się nawet pożyczyć od niego pieniądze na wypłatę dla aktorów. Ta sztuka udała dyrektorowi administracyjnemu „Qui pro Quo” Sewerynowi Majde. Uwielbiający oglądać artystów z „Qui pro Quo” komornik przestraszony, że kolejnego występu może już nie być, nie dość że niczego nie zajął, to jeszcze wyciągnął z teczki całe tysiąc złotych. Wspomnianą kwotę zabrał nieco wcześniej dyrekcji konkurencyjnego kabaretu „Morskie Oko”.
Pomimo, że sumy potrzebne na wypłaty tygodniówek dla aktorów i autorów dyrekcja zdobywała niemal cudem, nikogo to specjalnie nie martwiło. Wszyscy bawili się znakomicie zarówno na scenie, jak i poza nią. Tradycją zaś stało się „wkręcanie” koleżanek i kolegów. Do legendy przeszedł psikus, jaki Adolf Dymsza zafundował aktorowi i baletmistrzowi Eugeniuszowi Koszutskiemu. Na początek przygotował fałszywy weksel, opiewający na sporą sumę.
„Przyjaciel mój był komornikiem. On to właściwie załatwił mi wszystkie formalności (oczywiście fikcyjne)” – wyjaśniał Dymsza we wspomnieniach. Wezwanie do spłaty weksla z nazwiskiem Koszutskiego zostało przesłane ofierze. Sprawiając piorunujące wrażenie. Baletmistrz przybiegł z papierem do „Qui pro Quo”, od progu krzycząc, że domyśla się, kto się pod niego podszył. „On ma pseudonim Jurand, a nazywa się Koszutski. To on sfałszował mój podpis. Pojadę do Lublina i mordę skuję” – krzyczał.
Na tym okrutna mistyfikacja się nie skończyła. Następnego dnia zaprzyjaźniony z Dymszą komornik wkroczył do mieszkania małżeństwa Koszutskich, żeby dokonać urzędowego zajęcia szafy z całą garderobą dłużnika.
„Wszystkie palta i garnitury były przewleczone przez dziurkę sznurkiem, a na końcu wisiała potężnych rozmiarów pieczęć” – opisywał Dymsza, który niby przypadkiem przyszedł w odwiedziny. Koszutski i jego żona pokazali Dodkowi pismo z informacją ile lat więzienia grozi za uszkodzenie pieczęci. Udający zaskoczenie Dodek oświadczył, że sprawę zaraz załatwi.
„Chwyciłem ze stołu nożyczki, przeciąłem sznurki, razem z pieczęcią schowałem do kieszeni i wybiegłem z mieszkania” – opisywał. „Podobno Stacha Koszutska (żona aktora – przy. aut.) zemdlała” – dodawał Dodek. Chwilę później inny aktor Ludwik Lawiński zatelefonował do przerażonego małżeństwa z pytaniem: „Czy był u państwa komornik Dymsza i wszystko załatwił?”.
Następnego dnia w „Qui pro Quo” Dodek zamiast dostać po mordzie odebrał od Koszutskiego gratulacje za mistrzowski dowcip. Tą swoją zabawą aktorzy lubili podzielić się z publicznością.

Słychać gwar sali i kolejne salwy śmiechu
„Uświęcony tradycją zwyczaj przeznaczał ostatnie przedstawienie na wzajemne robienie sobie kawałów. Publiczność wiedziała o tym i dosłownie na dwa tygodnie na przód kupowała bilety” – relacjonowała Dymsza. „Kawał polegał na tym, żeby kolegę zaskoczyć czy to nową sytuacją, czy też nowym zdaniem (na scenie – przyp. aut.). No i żeby znalazł się w kropce, bo jeśli zbaraniał lub śmiał się, to znaczyło, że «kupił»” – dodawał Dodek, który posiadał wyjątkowy talent do „wkręcania” innych. Acz stale rywalizował na tym polu o tytuł mistrzowski z Ludwikiem Lawińskim. Te zmagania Dymsza rozstrzygnął na swą korzyść wykorzystując skecz, w którym jego konkurent prowadził monolog, udający telefoniczną rozmowę. Dymsza z pomocą elektrotechnika podłączył dotąd głuchy aparat z drugim w garderobie. Kiedy na scenie Lawiński podniósł jak zwykle słuchawkę, żeby rozpocząć scenkę usłyszał razem z publicznością głos ze słuchawki: „Wstyd, poważny człowiek, którego ojciec jest prezesem «Sokoła», mający żonę i dwóch synów, i to jeden jest kadetem, sam niedoszły adwokat, człowiek z takim brzuchem, żeby za parę złotych wariata strugał!”. Sparaliżowany Lawiński usiłował powiedzieć, że nastąpiło błędne połączenie, ale zagłuszyła go wyjąca ze śmiechu publiczność i musiano opuścić kurtynę. Lawiński próbował odegrać się następnego dnia, wykorzystując pomoc „Lopka” Krukowskiego. Kiedy Dymsza, grając zakochanego rzeźnika, śpiewał dramatyczny kuplet o miłości, tnąc jednocześnie połcie mięsa, nagle zjawił się przy nim „Lopek” i niewinnie zapytał: „Czy mogę prosić o kilogram wieprzowiny?”. Na to Dymsza z niezmącony spokojem przerwał śpiew i odparł „Niestety koszernej nie sprzedajemy”, czym „ugotował” Krukowskiego.

Słychać melodię przedwojennego szlagieru „To ostatnia niedziela”.

W drugiej połowie lat 20., kiedy poziom życia w Polsce wzrósł, „Qui pro Quo” będące najpopularniejszym w II RP kabaretem, wyszło z długów, święcąc finansowe sukcesy. W tym czasie autorom najpopularniejszych skeczy płaco krocie. Gdy przeciętna pensja wynosiła ok. 200 zł, Tuwim za pisanie dla „Qui pro Quo” dostawał 4 tys. zł miesięcznie. Słonimski kasował 2 tys. plus honoraria za każdy odczytany przez siebie na scenie wiersz lub felieton. „Literaci chodzą z biedy do «Ziemiańskiej» i często nie mają na «Oazę», a autorzy kabaretowi jeżdżą w limuzynach” – zauważał.
Jednak nad artystami powoli zaczynały zbierać się czarne chmury. Po przewrocie majowym rządzący krajem politycy z obozu sanacyjnego coraz gorzej znosili struganie z nich dowcipów. „Qui pro Quo” bardzo długo cieszyło się pełną swobodą, bo kabaret swoją opieką otaczał płk. Wieniawa-Długoszowski. W zamian twórcy czynili go bohaterem swych skeczy i wierszy, co uwielbiał, ale i jego poczucie humoru miało pewne granice. Pewnego razu na bankiecie dla artystów Wieniawa wzniósł toast: „Piję za «Qiu pro Quo»! Szwoleżerów polskiego teatru!”. Coraz lepiej posługujący się polskim Jarosy odpowiedział toastem: „A ja za pana pułkownika Wieniawę-Długoszowskiego! Qui pro quo polskiej armii”. Węgier długo musiał przepraszać pułkownika za swój żart.
Przyjaźń wojskowego i artystów skończyła się definitywnie jesienią 1930 r., gdy z polecania Piłsudskiego w Twierdzy Brzeskiej uwięziono przywódców opozycji. Przeciw temu protestowali między innymi: Słonimski i Tuwim, zaś pułkownik Wieniawa-Długoszewski wiernie obstawał przy Marszałku co stanowiło poważny konflikt interesów. Zrywaniu jego znajomości z „Qui pro Quo” towarzyszyło zaostrzanie cenzury. A, że nieszczęścia lubią chodzić parami w Polskę uderzył Wielki Kryzys, który pogrążył światową gospodarkę. Bankrutowały kina i teatry. Z powodu długów oraz spadku dochodów w 1931 r. zbankrutowało też „Qiu pro Quo”. Potem, w coraz bardziej ponurych czasach, brakowało takiej iskierki radości, jaką był najsławniejszy z polskich teatrzyków.

Źródła:
Antoni Słonimski, Alfabet wspomnień, Warszawa 1989.
Joanna Kuciel-Frydryszak, Słonimski. Heretyk na ambonie, Warszawa 2012.
Mariusz Urbanek, Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie, Wrocław 2015.
Dymek z papierosa, czyli wspomnienia o scenach, scenkach i nadscenkach. Pod red, Kazimierza Rudzkiego Warszawa 1959.
Tomasz Mościcki, Kochana stara buda. Teatr „Qiu pro Quo”, Łomianki 2008.